Czy da się całe życie udawać? Gdzie jest granica między prawdą i fałszem? Czy oszukiwanie w pewnych okolicznościach jest dozwolone, ze względu na wyższe cele? Czy człowiek staje się tym, kogo udaje? Co jest potem?
Niektórzy cierpią na syndrom oszusta. Osiągają realne sukcesy, lecz są przekonani o swojej niekompetencji i oczekują rychłego zdemaskowania. We wszystkim, albo w czymś jednym.
Czy masz przeczucie, że to, co prezentujesz ludziom to tylko fasada, akceptowalny filtr, który osłania brzydkie, nieciekawe wnętrze? Czy sądzisz, że gdyby ktoś poznał to wnętrze takie, jakie jest, niewątpliwie wzgardziłby nim i odszedł jak najdalej się da? Jeśli tak, to być może to właśnie syndrom oszusta na gruncie prywatnym. Interpersonalnym. Albo intrapersonalnym, jeśli uważasz, że samego siebie też oszukujesz.
Być może.
Bo może rzeczywiście tak jest. Kto to wie?
Trzeba rozstrzygnąć to w sobie. Obserwować się, swoje zachowania, myśli, uczucia. Jeśli któreś z nich odstają od reszty, być może trzeba się temu bardziej przyjrzeć. Najwięcej mówią uczucia. Dowiadujesz się, że znajoma się zaręczyła. Myślisz sobie "super", piszesz na facebooku "gratulacje!", najlepiej z uśmiechniętym emotikonem, albo serduszkiem. A kiszki skręcają ci się w ósemkę i nie wiesz gdzie się podziać. I zdecydowanie nie czujesz radości. Może tak być.
Co właśnie zrobiłeś? Sprzedałeś fałsz. W dobrej wierze. Czy można to krytykować? Owszem, mogłeś przecież napisać "E, fajnie, dzięki, że mi przypominacie, że ludzie się hajtają, a ja jestem wciąż all alone". Ale... wtedy się ujawnisz. Pokażesz miękki brzuszek. Zginiesz. I wywołasz poczucie winy u Bogu ducha winnych ludzi. Więc zostajesz przy pierwszej wersji.
Czy to źle?
Pewnie nie zawsze, są różne miejsca, gdzie w różnym stopniu można się odsłonić. Ale jeśli tak jest w życiu, że zawsze - ZAWSZE - coś cię hamuje. Jeśli na spotkaniu towarzyskim śledzisz każde zdanie, które zamierzasz powiedzieć, jeśli śledzisz, czy ktoś nie patrzy, by wtedy się uśmiechnąć, gdy milczysz, gdy chciałbyś krzyknąć, albo choć szepnąć, że "to nie jest dla ciebie" "to ci się nie podoba" "nie masz siły" "po prostu masz zły nastrój". Krótko mówiąc, gdy czujesz się jak wytresowana małpka w klatce, która na widok ludzi udaje entuzjazm, bo to daje jej jakąś namiastkę akceptacji i uwagi, a gdy ludzie pójdą zakopuje się jak struś w piasek, nierzadko z wilgotnymi oczami - to nie jest dobrze. Nie jest dobrze. A może jest dobrze?
Dla niej nie było to dobre. Chciała być szczera. Chciała być spontaniczna. Chciała być asertywna. Ale bała się tego. Cholernie. Dlatego udawała pogodną (radość to za dużo), zainteresowaną (choć niewiele przyciągało jej uwagę, a jeśli nawet to w jakimś ograniczonym stopniu), czasem entuzjastyczną (podniesiony ton i wysokość głosu, szybka mowa, gestykulacja). A potem ganiła się za to oszustwo. Bo nie dawała możliwości innym, by dali jej to, czego potrzebowała.
Bez sensu, prawda?
Prawda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz