środa, 27 maja 2015

Bajka

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za wysokim murem, w wysokiej wieży, mieszkała piękna księżniczka.

Jadła, spała, czytała. Mieszkała tam odkąd pamiętała. Nie przejmowała się tym, tak wyobrażała sobie świat: ludzi mieszkających w wieżach.


Tak mijały lata, a księżniczka rosła, aż urosła na tyle, by dosięgnąć do okna.

Zaskoczyło ją to, co zobaczyła. Żadnych wież. Lasy, pola. Zobaczyła też ludzi spacerujących za murem. Nie widzieli jej. Była wciąż za mała.

Minęło trochę czasu, i urosła na tyle, by wdrapać się na parapet. Odtąd spędzała tam wiele czasu. Obserwowała ludzi, co robili, gdzie szli, jak wyglądali. Często tego nie rozumiała.

Ludzie nadal nie zwracali na nią uwagi - nie wiedzieli, że tam jest. A ona nie mogła ich zawołać, bo była niema od urodzenia, a może nie, tego nie wiedziała. Tak czy inaczej, wieża od dawna była uważana za opuszczoną. Pewnego dnia jednak ktoś spojrzał w górę i zobaczył. Księżniczka radośnie zamachała, lecz on, zaskoczony, odszedł w pośpiechu, wszystkim mówiąc co mu się przydarzyło.

Odtąd ludzie przechodząc koło wieży zatrzymywali się i machali, albo pokazywali znaki, czasem coś wołali, ale docierały do niej pojedyncze słowa. Byli ludzie, którzy wielokrotnie wracali, zastanawiając się jak ją wydostać, lecz w końcu odchodzili zniechęceni. Byli ludzie, którzy uważali, że powinna to zrobić sama, choć nie miała żadnej liny, a wieża była śliska jak szkło.

Nadszedł wreszcie ten dzień, którego od dawna wyczekiwała. Pod murem pojawił się rycerz na białym rumaku, wypisz wymaluj jak z książki z baśniami. I był zdecydowany uratować księżniczkę. Wpierw próbował sforsować mur. Po nieudanych próbach rozpoczął mozolną pracę, cegła po cegle czyniąc wyłom. Powoli, ale skutecznie. Był wytrwały. W końcu się udało. Pozostał problem wieży. Była zbyt wysoka, by dorzucić linę, zbyt gładka, by po niej się wspiąć. Wpadł więc na pomysł, by zrzuciła na dół swój warkocz. Jednak inaczej niż to było u Roszponki, księżniczka miała krótką, nowoczesną fryzurę. "To nic, poczekam tyle, ile trzeba, aż włosy dosięgną ziemi".

Księżniczka robiła co w jej mocy, masowała głowę, próbowała nawet rozciągać włosy, ale zobaczyła, że przez to zaczęły jej wypadać. To groziło, że będą za słabe. Musiała po prostu czekać.

Rycerz zajmował jej czas opowiadając historie, podnosząc na duchu. Nauczył ją znaków, którymi mogli się porozumiewać. Czytał książki, grał na bębnie, przyprowadzał znajomych.

Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata. Warkocz wciąż był za krótki. Księżniczka zaczęła się złościć, że tyle to trwa, i na tych, którzy ją tam umieścili, i na siebie, że włosy rosną jej tak wolno. Czasem wydawała z siebie niezrozumiałe dźwięki, czasem ze wściekłością waliła w ściany, a czasem chowała się pod stołem i cicho płakała. Długo spała, chcąc przeczekać. I bywała coraz częściej zła nawet na rycerza, bo po prostu on był w pobliżu, i bądź co bądź był nieskuteczny..

Rycerz też coraz bardziej się niecierpliwił, nie rozumiał, czemu księżniczka się na niego złości, na dodatek zaniedbywał swoje sprawy, tkwiąc pod wieżą. I czuł się bezradny, a bardzo tego nie lubił.

Wkrótce dostał wiadomość, że jego ojciec, król, jest słaby, i chce mu przekazać królestwo, pod warunkiem, że się ożeni. Rycerz nie wiedział, co wybrać: panowanie i spokój, czy odpowiedzialność za to, co rozpoczął. Wahał się długo.

W końcu wybrał.

I odjechał.

A jej to za bardzo nie obeszło. Miała przeczucie, że i tak się uda. Z kimś, albo samemu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz