Stała na przystanku.
Czekała. Mijały kolejne minuty. Minęło 10 minut, 20, pół godziny, godzina. Później przestała liczyć. Usiadła na ławce i czekała. Autobus nie przyjeżdżał, jeden, drugi, trzeci. Ona czekała.
W końcu zobaczyła znajome światła, patrzyła, jak się zbliżają, oślepiając oczy. Autobus zatrzymał się i znalazła się w jego wnętrzu. Usiadła z tyłu, jak zawsze.
Ruszyła.
Mijała okolicę, znajome bloki, wille, kolejne przystanki, kościoły, place zabaw, centra handlowe. Znała tę trasę na pamięć.
Jednak tym razem było coś nie tak.
Zapadał zmierzch i wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Cienie wydłużały się, w oknach rozbłyskały światła, tworząc abstrakcyjne mozaiki, a drzewa przybierały niesamowite kształty.
Robiło się coraz ciemniej, coraz mniej widziała przez szyby.
Mijały kolejne sekundy, minuty.
Spojrzała na zegarek, lecz jego wskazówki stały w miejscu. Zapomniała wymienić baterii. Przekleństwo słabej pamięci.
Nie pozostało jej nic innego, niż czekać na koniec trasy, taki był cel jej podróży.
Jechała i jechała. Nie mogła polegać na zegarku, ale intuicyjnie czuła, że podróż trwa dłużej niż zwykle.
Na zewnątrz zapadła kompletna ciemność. Poczuła coś na kształt niepokoju. W autobusie była tylko ona i kierowca.
Choć nigdy nie miała odwagi do rozmów z ludźmi zdecydowała się w końcu zapytać kierowcę, czemu ta podróż trwa tak długo. Podeszła do okienka, niewiele było widać w półmroku, ale przecież wiedziała, gdzie jest miejsce kierowcy. Tam skierowała swoje słowa.
Z początku nie było żadnej reakcji.
Później zobaczyła, że ktoś pochyla się w jej stronę. Pełna nadziei czekała na odpowiedź, gdy twarz zbliżyła się do szyby na tyle, że zobaczyła ją wyraźnie. I w tej chwili poczuła ścisk w żołądku i automatycznie zrobiła krok w tył.
Spojrzały na nią zimne, martwe oczy. Bez wyrazu. Zupełnie obojętne.
Nie dostała odpowiedzi, a gdy drugi raz spojrzała w stronę kierowcy, nie widziała już nic. Wróciła na swoje miejsce nieco oszołomiona, myśląc, że może ze zmęczenia coś jej się przywidziało.
Autobus jechał coraz szybciej. Nie było już żadnych przystanków. Nie było żadnych latarni. Pokonywał kolejne kilometry, wciąż przyspieszając.
Kurczowo trzymała się poręczy, ale i tak na zakrętach nie udawało jej się zachować równowagi.
Bolały ją mięśnie i traciła siły. Wiedziała, że już długo nie wytrzyma. Jej oczy zasnuwały się mgłą. Marzyła tylko o tym, by zemdleć i już tego nie przeżywać.
Ostatkiem przytomności i przy nadludzkim wysiłku dosięgnęła drzwi i zaczęła w nie uderzać. Raz, drugi, dziesiąty, dwudziesty, bez końca. W końcu, czując, że to ostatnia szansa, włożyła całą pozostałą resztkę sił i uderzyła z całą swoją mocą, wkładając w to cały strach, całą wściekłość, całą samotność i pustkę, całą siebie.
Szkło rozprysnęło się pod naporem ciała, raniąc je i wbijając się z całą siłą.
Wypadła na zewnątrz, z pędzącego z ogromną prędkością pojazdu.
Stoczyła się ze zbocza, po asfalcie, kamieniach, korzeniach. W końcu się zatrzymała.
Straciła przytomność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz