Dziewczyna z wersalki chowała się w wersalce. Czasami w szafie.
Z prostego powodu: nie chciała iść do szkoły. Czasem dlatego, że męczyła ją samotność i widok rówieśników, żyjących pełnią życia, wchodzących w związki, umawiających się na spotkania, radośnie paplających. Czasami, szczególnie pod koniec liceum, bała się iść na lekcje. Głównie na w-f, z którego była słaba, i próbowała uniknąć ośmieszenia, ale raz czy dwa nie poszła na sprawdzian z matematyki. Wiedziała, że jej nie pójdzie, nie miała dostatecznej koncentracji, by przyswoić treści z podręcznika, a ocena niższa niż 4 oznaczała porażkę. Dla jej matki, ale głównie dla niej samej.
Młodzież w jej wieku też wagarowała, nieraz częściej niż ona, jednak robiła to w odmienny sposób. Ona też, jeden raz, spróbowała pójść na wagary. Sama. Nie wiedziała, co zrobić z tymi godzinami, chodziła bez celu. Nigdy więcej tego nie powtórzyła.
To w domu czuła się bezpiecznie. Tu przynajmniej miała swoje miejsce, była inna, ale nikt jej nie dawał tego do zrozumienia. Wiedziała jednak, że nie ma możliwości, by została w domu, nie szła do szkoły. Bała się iść, i bała się matki. Wiele lat później jej młodsze rodzeństwo dostało pozwolenie na jedne wagary w semestrze. Wtedy jednak tak nie było. Zostało jedno rozwiązanie. Schować się, ukryć.
Za pierwszym razem pomogła jej siostra. Gdy ta poszła na studia, sama sobie radziła. Najpierw, gdy nikt nie patrzył, podchodziła do drzwi wejściowych, mówiła "Wychodzę!" albo tylko trzaskała drzwiami, potem zabierała kurtkę i buty, na palcach wracała do pokoju, chowała ubrania w szafie, a siebie w wersalce. Potem umierała ze strachu, że ktoś ją nakryje, albo że zacznie chrapać, jeśli zaśnie, aż do godziny zakończenia zajęć. Wtedy pozostawało jedno - ubierała kurtkę i buty, brała torbę i na palcach znów podchodziła do drzwi, trzaskała nimi i zaczynała się rozbierać, oddychając z ulgą. Potem pisała zwolnienie z lekcji i podrabiała podpis.
Później dowiedziała się, że mama zdawała sobie sprawę z jej nieobecności. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, jak je spędzała, czym były spowodowane i co czuła.
Dziewczyna z wersalki miała też inne tajemnice. Jako córka religijnej matki musiała chodzić do kościoła. Tak to sobie przynajmniej wyobrażała. Bała się śmiertelnie tego, jaka byłaby jej reakcja. Dlatego razem z siostrą wychodziła przed 18, w godzinach kazania podchodziła pod kościół, by posłuchać i w razie czego wiedzieć, o czym było, i około 19 wracała. Dopiero na studiach, i to w wyniku niefortunnego zakładu, przyznała się mamie, że nie chodzi do kościoła.
Lęk był jej drugim imieniem. Co ciekawe, długo temu zaprzeczała. Widząc ludzi z nerwicami i fobiami, nie widziała żadnego związku. Czuła niepokój, nieadekwatność, ale lęk? Nie, to niemożliwe. W końcu na studiach w ramach zajęć zrobiła sobie test. Poziom lęku na wysokim poziomie. Zaczęła się temu przyglądać. Z każdym dniem znajdowała coraz więcej potwierdzeń, ale żadnych wskazówek, co z tym zrobić. Nadal tego nie wie. Często się przełamuje, jednak koszta, jakie ponosi, są bardzo wysokie.
I czasem chciałaby znów schować się w wersalce.
Udać, że jej nie ma.
Ale wersalki brak, teraz ma łóżko, do którego nie da się schować.
Trzeba żyć.
Tylko po co?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz