sobota, 9 maja 2015

Ona i on

Czuła, że coś rozrywa jej pierś. Od samego środka, przedziera się, jednak nie może się wydostać. Drążyło tunele nie bacząc na sprawiany jej ból. Potwór, który po czasach letargu i chwilowych, ospałych ruchów obudził się na dobre. Dotąd jakoś razem żyli. Nauczyła się, co robić, gdy się porusza - czasami odwracała uwagę, czasem akceptowała to, czasem głaskała go i kładła z powrotem do snu, innym razem zagłuszała chrapanie rozmową z kimś ważnym. A jeśli nawet się poddawała, to na chwilę, z myślą, że jest niemiło, ale to minie. Trochę łez i ciśnienie spadnie, i potwór, jak nieaktywny wulkan, zamilknie.
Tym razem nic nie działało. Coś wprawiło go we wściekłość, może miał jej dość, może poczuł przez sen burczenie w brzuchu, a wiadomo, że kto jest głodny, ten jest zły. Nie odpuszczał. Czasem aktywnie atakował, rwąc komory serca, żyły i mięśnie, czasem przyczajał się, gotów do ataku. Napełniał ją lękiem i nerwowością. Chcąc wydostać się na zewnątrz namawiał ją, do powrotu do dawnej metody - samookaleczania, dzięki któremu ciągłość skóry, tego więzienia, była przerwana. Namawiał przez wywoływanie wewnętrznego rozedrgania, poczucia braku wyjścia, bezradności. Choć na zewnątrz jak zawsze była spokojna, w środku cała się trzęsła i rozpadała na kawałki.
W końcu uległa.
Ale potwór ani myślał się wynieść. W gruncie rzeczy w niej było mu całkiem znośnie, w każdym razie nie wiedział, gdzie indziej mógłby się podziać. Wystawił więc na zewnątrz pysk i pazury, by zaczerpnąć powietrza, i by dać jej złudną nadzieję uwolnienia. A potem wrócił. Trochę spokojniejszy, bo wciąż widział drogę wyjścia, a równocześnie jakby rozochocony. Przycichł, ale wciąż przytomny wydawał groźne pomruki, nie pozwalając jej spać ani jeść. Jednak przycichł.
Do czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz