"Wychowała się w domu, gdzie zadaniem kobiety było rozpoznawanie i zaspakajanie potrzeb mężczyzny. Nie miała od kogo nauczyć się mówienia wprost o tym, czego sama by chciała. Jej matka była mistrzynią w maskowaniu swych pragnień, i to też wpoiła córce. A ta stała się jej najlepszą uczennicą. Sztukę ukrywania opanowała niemal do perfekcji. Niemal.
Bo od czasu do czasu strumień niezaspokojonych potrzeb, które się w niej gromadziły, znajdował jakąś szczelinę. I jak to zwykle bywa w przypadku cieczy pod ciśnieniem, wydostawał się na zewnątrz rozrywając ją na wskroś. Mała szczelina powodowała trzęsienie całego świata. W każdym razie tak to postrzegała - i śmiertelnie się tego bała.
Zwykle szczeliną okazywał się drugi człowiek i uwaga, którą nieszczęsny jej poświęcił. Nie ważne w jakim charakterze - przyjacielskim, czy partnerskim. To wystarczało, by wzniecić aktywność podstawowej, i najsilniejszej potrzeby - bliskości. Ale fala tsunami zmiata każdego, i nikt, nawet przy najlepszych chęciach, jej nie podołał. Kolejne osoby uciekały, co było, z żalem to stwierdzała, logiczne.
Wtedy ona też tonęła. Bezgraniczne poczucie winy, straszliwy wstyd i brak sensu spychały ją w smutek na miarę Rowu Mariańskiego. Snuła rozważania "co by było gdyby" i "dlaczego nie tak". Co oczywiście nie doprowadzało do niczego poza wzrastającą frustracją, która ledwie mieściła się w granicach wytrzymałości.
Sił miała już niewiele.
Potrzebowała pomocy. Ale o tym też nie umiała powiedzieć."
Pamiętaj o tym co tu napisałaś także i teraz... Moim zdaniem to dalej u Ciebie aktualne. Choć możesz się nie zgodzić :) wtedy chętnie o tym podyskutuje ;)
OdpowiedzUsuńTak czy inaczej, brawo za trafną analizę problemu.
Ps. Oczy co raz bardziej mi się kleją :)
Po części jest aktualne, tak. Ale tylko po części. Tym razem mam nieco inne oczekiwania i podejście.
OdpowiedzUsuń